niedziela, 19 maja 2013

Dzień z życia Tomeczka :)



Witam! Oto pierwszy rozdział z Dziejów Szklanej Góry! Mam nadzieję, że polubicie mojego Tomeczka ;)
Przepraszam za tak dziwne nazwy domów. Pomysł tego bloga powstawał na jednej z tych lekcji, na której to nie było nauczyciela i z nudów zaczyna się robić różne rzeczy.
------------------------------------------


Fiuuuuuuuu! Rozległ się świst klaksonu, świadczącego o przylocie autobusu na Szklaną Górę. Podniosłem oczy ku niebu, by zobaczyć ten, niewątpliwie ciekawy okaz.
Wymalowany na pstrokate kolory autobus właśnie osiadał z głuchym hukiem na ziemi. Wyglądał na takiego, co to dwudziestki ludzi nie pomieści, a jednak mieściła się w nim znaczna część uczniów szkoły wraz z niektórymi nauczycielami. Nietrudno się domyślić, że był obłożony całą masą zaklęć, dzięki którym wszyscy się mieścili.
Gdy tylko drzwi owego autobusu uchyliły się, cała masa ludu udała się właśnie w tą stronę. Ja wam mówię, tłumy jak na promocji w Lidlu. Stałem sobie spokojnie na tyłach, cóż uczniowi z szóstego roku nie przystoi się pchać. Poczekałem sobie, aż ogólne zamieszanie zostanie ogarnięte. Wtedy, jako jeden z ostatnich, wszedłem do autobusu, ze swoim ulubionym plecaczkiem na plecach.
Tak jak się spodziewałem w autobusie nic się nie zmieniło. Od środka był on znacznie dłuższy,a także miał parę dodatkowych pięter. Wspiąłem się na trzecie piętro, przedział mojego domu, Łojoskonu( naprawdę dzika nazwa, ja wiem! Ale to od nazwisk założycielek!y) Tam odnalazłem swój, nieoficjalny  pokoik
i otworzyłem drzwi na oścież.
- Tamcio!
Zawołała Iza, koleżanka z domu. Tak samo jak autobus, nic się nie zmieniła. Jej smukłą twarzyczkę okalały jasne, kręcone włosy, a błękitne oczy patrzyły na mnie rzucając ciepłe błyski. Miała na sobie za dużą bluzę w barwach Falubazu, pochodziła z Zielonej Góry i, choć nie wyglądała, jest miłośniczką żużlu. Zamiłowanie te odziedziczyła po swoim tacie, są do siebie podobni jak dwie krople wody...
Uśmiechnąłem się do niej, po czym zająłem miejsce koło Bartka. Zapatrzony za okno, w słuchawkach na uszach, kompletnie nie zauważył pojawiania się mojej osoby. On też za wiele się nie zmienił. Te same brązowe włosy zaplecione w dredy związane z tyłu w śmiesznego kucyka, te same ciemnobrązowe oczy. Tylko, że tym razem na nosie spoczywały mu duże okulary. Szczerze, to dużo z siebie dawałem, by się nie śmiać. To było jak zabawa we wskaż, który element nie pasuje do pozostałych, na poziomie przedszkolaka. Oprócz tych okularów miał na sobie biały podkoszulek i ciemne spodnie.
Podszedłem do niego na niebezpieczną odległość, po czym nachyliłem się do jego ucha. Cichutko i delikatnie, by zaraz potem wydać z siebie morderczy ryk:
- Bartusiu! Co tam u ciebie?!
Jak wyrwany z transu gwałtownie zamachnął się rękoma i trafił w moją twarz. Bolało. Jak cholera. Facet nawet nieświadomie potrafi zrobić krzywdę
- Tomek! Ty skretyniały palancie! Ila ja ci już mówiłem, żebyś mi się nie darł do ucha?! Ja kiedyś przez ciebie ogłuchnę!
Mimo wciąż bolącej twarzy leżałem na podłodze zwijając się ze śmiechu. Tak jak każdego roku przedtem, nic się nie zmieniło. Zaraz potem Bartkowi puściły nerwy i wycelował swoją dębową różdżkę w moją stronę. Zacząłem się śmiać jeszcze głośniej, to przez te okulary. Nagle w drzwiach pojawiła się jeszcze jedna osoba. Jolka stała i przypatrzyła na mnie z góry. Bartek natychmiast schował różdżkę i spuścił wzrok. Hehehe. Już ja wiem, co się święci. Zresztą święciło i prawdopodobnie święcić będzie. Otóż Bartek od ponad roku podkochuje się w Jolce. Wyciągnąłem od niego tą informację pewnego pięknego wieczoru, którego to nafaszerowałem go nieprzepisową dawką eliksiru uspokajającego.
Zresztą nie dziwię się mu. Jolka była naprawdę ładną dziewczyną. Duże, niebieskie oczy, czerwoniutkie wargi, ciemne, długie włosy. To nie wszystko! Wysoka, postawna i smukła. Nic, tylko się zakochać! Tak pomyślałby człowiek, który widzi ją pierwszy raz. Niestety jej charakter nie jest tak...piękny. Znana na całą szkołę jako Ostra Dama Łojoskonu, słynęła ze swej cierpkości i zadziorności. Na dodatek miewała swoje humorki i przeróżne fanaberie... Jednak niezrażony jej charakterem Bartek wciąż jest w niej ślepo zadurzony! Biedaczysko!
- Tomciu, czy ja muszę strzępić sobie nerwy już z samego rana? Co ty w ogóle robisz?! Jesteś prefektem! Nie przynoś nam wstydu!
Wrzeszczała na mnie tak głośno, że prawdopodobnie na parterze pierwszoroczni kulili się na swoich siedzeniach, zastanawiając się, co to za potwór.
- Nie drzyj się tak! Cały autobus się przez ciebie trzęsie! Poza tym to nie moja wina! On też jest winny!
Wskazałem oskarżycielsko na Bartka, który zabijał mnie wzrokiem.
- To ty się na mnie rzuciłeś!
- Trzeba się było pilnować!
- Że też ty jesteś prefektem! Nawet Zgrzyt byłby lepszy!
Powiedział, a nie miał prawa.
Niech on mnie nawet nie porównuje do tego barana! Julian Zgrzyt był najbardziej kiczowatym dzieckiem dzieckiem z łoża Łojoskonu! Lalusiowaty, przewrażliwiony, przedstawiał gamę tych cech, przy których lądował na szarym końcu łańcucha fajności.
W końcu jednak odetchnąłem, wstałem, otrzepałem ubranie i z wyższością usiadłem na miejscu obok Izy i spojrzałem Bartkowi w oczy.
- Bartusiu, ty wiesz, że jestem najlepszym prefektem jakiego mieliście w ciągu tych lat nauki na Szklanej Górze. Nie zamieniłbyś mnie na nikogo innego.
Powiedziałem uśmiechając się zadziornie. On tylko znowu łypnął na mnie groźnie, po czym znowu zapatrzył się za okno, za którym przesuwały się puszyste chmury, co jakiś czas kaczki przelatywały. W ogóle nie zwróciłem uwagi na to, że już ruszyliśmy. Autobus sunął łagodnie wśród chmur, wznosząc się i opadając. Miałem za sobą nie przespaną noc, więc po chwili pozwoliłem myślom odpłynąć i dać się ukołysać.
   
*

Obudziłem się w dość rozłożony na całą kanapę. Otworzyłem oczy, ale nikogo nie było w przedziale. Wyparowali, czy w bufecie jest jakaś wyprzedaż? Zdezorientowany wyszedłem z przedziału i rozejrzałem się dookoła. Też pusto. Zszedłem na parter, gdzie zauważyłem kierowcę czytającego jakąś książkę.
- Proszę pana...a gdzie bagaż?
Ten podskoczył na krześle i spojrzał na mnie zaskoczony.
- Jaki bagaż?
- No pasarzernia...
- Wyszli i to jakieś pół godziny temu...
- Słucham?!
Poszli sobie?! Beze mnie?! Ci parszywi pseudo przyjaciele! Pewnie chcieli się zemścić! Już sobie to wyobrażam! Pewnie teraz zajadają się frytkami. lub jeszcze innym pysznym świństwem! Jak ich dorwę, to pozabijam! 
Wszedłem z autobusu, po czym w zawrotnym tempie skierowałem się do szkoły. Przy bramie napotkałem pana Zbigniewa, szkolnego odźwiernego. Na mój widok jego twarz przybrała czerwony kolor.
- Wilk! Czy ty w ogóle zamierzasz trafić dzisiaj do szkoły?
- Zamierzam, jeżeli mnie pan wpuści.
Powiedziałem zgodnie z prawdą. Pan Zbigniew nie słynął z cierpliwości, ani z dobroduszności. 
- A jeżeli nie mam zamiaru cię wpuszczać?
- To w tedy wyświadczy mi pan przysługę, bo będę wtedy będę mógł powiedzieć, że to pan mnie zatrzymał.
Zazgrzytał zębami i machną ręką na bramę, która otworzyła się z takim samym zgrzytem. Wbiegłem przez nią na terem szkoły, następnie skierowałem się w stronę wejścia do pałacu. Jak mnie dyrektorka dopadnie, to nie puści mnie do Gwiazdki! A jak ja dopadnę tych jakże wiernych przyjaciół, to nie puszczę ich jeszcze dłużej!

    
 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz